piątek, 17 lutego 2012

Upupianie


Niełatwo było wyjąć z szuflady stare zapiski. Coś jednak podpowiadało, by wydobyć je na światło dzienne i pokazać światu. Na początku moje pisanie spotkało się z miłą oceną w środowisku ludzi trochę mniej zajmujących się sztuką. Było miło, słodko, czasem magicznie.

Aż pewnego dnia poczułam się dziwnie. Trochę jak Józio upupiony przez Pimkę. Tak to jest z Artystami! Dać takiemu do przeczytania wiersz, a już chce go urabiać na swój sposób. Nadawać mu stylu, tłamsić i ugniatać na swoją lub odgórnie narzuconą formę. Nie żebym miała żal. Nie jestem przecież profesjonalnym artystą nienagannym w formie i stylu, wydającym tomiki własnej poezji. Jestem człowiekiem, który od trzynastego roku życia próbuje wyrazić siebie poprzez własną nieformę, swój niestyl pozostając przy tym półartystą i ćwierćwieszczem.

Przecież mogłam to wszystko zostawić na dnie. W ciemnym kącie było takie moje, nienaruszone. Pełne niekontrolowanych emocji, czyste i spontaniczne. Było wynikiem spotkania chwili z magią czasu. Teraz gwałcą, poprawiają, wciskają siebie w nierozumiane, bo przecież nie ich, uczucia.
Dobrze, dobrze, niech będzie. Więc rozwijam się, uczę, formuję i stylizuję. Jestem nadal, przebijam się przez gąszcz szydzących hien. Choć wytykają ironicznym palcem unoszę brodę lub wystawiam czoło. I jako cząstka części, w całości pozostając sobą, szepczę skromnie- popatrz, to ja.


Z dedykacją dla moich belfrów.


Joanna Markowska



Tekst inspirowany lekturą Gombrowicza pt.”Ferdydurke”. 
 

Brak komentarzy: