poniedziałek, 4 czerwca 2012

Pokuta

...

Tym razem zaciekawił go temat kazania. Kierując głowę w stronę mównicy spojrzał na księdza, który przemawiał w sposób bezpośredni i nieskrępowany. Powagę tematu akcentował wymachując rękami na prawo i lewo, sprawdzając przy tym, czy oczy zgromadzonych wykazują zainteresowanie.
- W dzisiejszych czasach na każdym kroku kują w oczy roznegliżowane ludzkie ciała. W teledyskach, na bilbordach media nakręcają machnę nierządu. Młodzież zamiast myśleć o nauce prześciga się w ilości zdobytych partnerów. Pokusy są ogromne, lecz każdy posiada silną wolę i możliwość wyboru. Pamiętajmy, że najważniejsza jest rodzina, która daje nam poczucie bezpieczeństwa i stabilność emocjonalną. Szanujcie swoje żony i mężów. Przypomnijcie sobie słowa przysięgi- w chorobie i zdrowiu dopóki śmierć nas nie rozdzieli. Tak łatwo jest zbłądzić, zwątpić i poddać się, lecz nie traćcie ducha...
Msza przebiegała jak zwykle według schematu. Wstawał, siadał, klękał kiedy było trzeba, ale myślami był zupełnie gdzie indziej.

- Czy w kolejnym życiu, zawołasz mnie, pobiegniesz za mną?- zapytała z pewną dozą niepewności i z marginesem na rozczarowanie.
- Nie wiem, czy zawołam i czy pobiegnę, ale mam nadzieję, że znów będziesz blisko. Może w następnym życiu oboje urodzimy się kobietami.
Spodziewała się takiego obrotu sytuacji. Przecież znała go od lat. Powtórzyła sobie w myślach usłyszane słowa i kontynuowała rozmowę.
- Chyba wolałabym, żebyśmy byli mężczyznami. Oni mają ciekawsze życie i więcej możliwości- podsumowała z lekkim uśmiechem.
- Wydaje ci się, ale skoro tak byś wolała. Tylko, że to nie od nas zależy.
- Nie lubię czekać- westchnęła- a co jeśli...
- Jeśli bóg istnieje?
- Bóg jest miłosierny, wszystko wybacza. I wiesz, mężowie w końcu umierają- w jej głosie było słychać ulgę napiętnowaną jednak poczuciem winy za słowa wypowiedziane na głos.
- Tak, bo żony im w tym pomagają- podsumował.- Najważniejsza jest ta miłość, którą masz- zacytował słowa znanej im obojgu piosenki.- Mną się nie przejmuj. Jakoś sobie poradzę. Doznałem już kiedyś wolności, której brak trudno przeboleć ze świadomością, że takowa istnieje. Trzymałem cały świat w swoich rękach. Uśmiech gościł na mych ustach od rana do nocy. Cały mój dobytek mieścił się w jednej torbie i kiedy chciałem przenosiłem się z miejsca na miejsce. Byłem sam, lecz nie byłem samotny. Była daleko, ale była. Teraz nie chcę kochać kogoś. Chcę kochać życie i piękne krajobrazy. Chcę kochać siebie i pokonać lęk. Widziałem kiedyś na peronie starsze małżeństwo. Na nogach mieli mocne buty a na plecach plecaki. Ona proste, siwe włosy i ani śladu makijażu. Stali patrząc na góry, które mieli przed sobą, a ich oczy były o całe wieki młodsze od nich. Tak właśnie wygląda miłość.

W zamyśleniu oczy zaczęły robić się szkliste. Przymrużył je, gdy światło sięgnęło twarzy. Wyprostował plecy przesuwając głowę poza promienie. Rozejrzał się, by sprawdzić czy ktoś na niego patrzy. Wtedy ujrzał coś na kształt geometrycznej tęczy. Ta sama smuga oślepiała go przed chwilą. Teraz widział jak odbija kolorowe szkiełka pomiędzy sufitem a podłogą. To poranne słońce wpadające przez witraż kopiowało wzór tuż pod żyrandolem. Przetarł oczy, by nikt nie pomyślał, że płacze. Wiedział, że jest częścią układanki, lecz wciąż nie potrafił zrozumieć sensu tego losowego mirażu.
- Moje życie to porażka, a w zasadzie to mnie już nie ma.
Od lat nie potrafił myśleć inaczej. Był cierpiętnikiem przekształcającym się w niepotrzebny wrak. Ta karma sprawiała, że nie widział sensu życia. Nic go nie pociągało. Nie wiedział co chciałby w życiu robić. Był zrezygnowany i leniwy. Brakowało mu siły do działania i nic nie było w stanie tego zmienić. No prawie nic, ale na to już nie liczył. Czuł, że jest za późno.
Zamykając oczy spuścił głowę. Uklęknął i wyszeptał.
- Mea culpa.



Fragment planowanej powieści pt. "Bezimienni". 

Brak komentarzy: